Wrzesień. Wciąż funkcjonuje w towarzystwie seksownej grypy. Jutro czeka mnie matura z rozszerzonej matmy, próbna co prawda, ale moje umiejętności kończą się aktualnie na wyliczeniu delty.
Jeszcze wczoraj wieczór czuć było sierpień, nagrzany beton i słońce trzaskające po twarzy. Dziś nie dosyć, że nas zalało doszczętnie, to jeszcze powietrze zrobiło się przenikliwe, a każdy oddech powoduje lodowe szpilki wbijające się w płuca.
Niedługo jesień, a ja coraz bardziej ją lubię. Lubię szurać butami w opadłych liściach, a pierwsze przymrozki niosą ze sobą perspektywę niesamowitej frajdy deptania po zamarzniętych kałużach. Dobra, kłamałam. Z jesienią wiąże się szkoła. A poza tym zwyczajnie nienawidzę zimna, deszczu, szarości i pluchy. W kieszeni kurtki zawsze trzymam zapalniczkę; toczę ją w dłoniach, wydaje mi się, że wtedy jest cieplej.
O dziwo w tym roku szkoła okazała się być celnie wymierzonym policzkiem. Pobudziła i otrzeźwiła. Nagle jakby słońce zaczęło jaśniej świecić, ptaki głośniej śpiewać, kawa bardziej smakować, sen stał się spokojniejszy, nawet muzyka stała się jakby bardziej odczuwalna. Poczułam się, jakby ktoś wyciął mi wrzoda, który męczył mnie od dwóch lat. Matura!
5 września 2011







4 komentarzy:
Pierwsze zdjęcie, wg mnie najlepsze... Szkoda, że ktoś Ci wlazł na tę ścieżkę :)
z każdym wpisem jestem coraz bardziej zachwycona Twoimi zdjęciami. :)
nie lubię zimna. szkołę zniosę. ale nie pasuje mi rozpoczęcie jej z przeziębieniem.
grrr... lato ucieka.
Cudowne te góry :) piękne zdjęcia!
Prześlij komentarz