pączek, jesień, ania i aparat.






Ho ho ho! Trochę czasu zleciało. Trochę wypadłam z wprawy. Trochę straciłam poczucie smaku. Ale wracam do gry. Prawko zdane to i czas na zdjęcia trzeba wygospodarować. Dlatego łapałyśmy dzisiaj ostatnie (względnie) ciepłe chwile jesieni.

Przeczytałam, że jeżeli chce się być dobrym, to nic nie stoi na przeszkodzie i zawsze, ale to zawsze można zacząć wszystko od początku i bycie dobrym można zacząć ot tak, troszkę zapominając o przeszłości, jednocześnie wyciągając z niej gruntowne wnioski. To chyba zacznę sobie, znowu.


12 listopada 2011

slovakia part.2









Wrzesień.
Jeszcze wczoraj wieczór czuć było sierpień, nagrzany beton i słońce trzaskające po twarzy. Dziś nie dosyć, że nas zalało doszczętnie, to jeszcze powietrze zrobiło się przenikliwe, a każdy oddech powoduje lodowe szpilki wbijające się w płuca.
Niedługo jesień. Lubię szurać butami w opadłych liściach, a pierwsze przymrozki niosą ze sobą perspektywę niesamowitej frajdy deptania po zamarzniętych kałużach. Dobra, kłamałam. Z jesienią wiąże się szkoła. A poza tym zwyczajnie nienawidzę zimna, deszczu, szarości i pluchy.

O dziwo w tym roku szkoła okazała się być celnie wymierzonym policzkiem. Pobudziła i otrzeźwiła. 
Nagle jakby słońce zaczęło jaśniej świecić, ptaki głośniej śpiewać, kawa bardziej smakować, sen stał się spokojniejszy, nawet muzyka stała się jakby bardziej odczuwalna. Poczułam się, jakby ktoś wyciął mi wrzoda, który męczył mnie od dwóch lat. Wrzesień. 






5 września 2011